Kolejny film z Pattinsonem w roli głównej. To nie było zamierzone. Choć muszę przyznać, że poza "Zmierzchem" lubię go znacznie bardziej.
Znowu nie przeczytałam opisu i znów myślałam, że film będzie o czymś innym. Patrząc na tytuł i na okładkę (nie tę powyżej, inną) zakładałam, że film będzie miał miejsce może gdzieś w Afryce... No wiecie, słonie, może jakieś uwięzione, którym trzeba dostarczyć wody. Troche jak w "W pustyni i w puszczy". Oczywiście, myliłam się.
Film nie dzieje się w Afryce, nic z tych rzeczy. Mamy tutaj Amerykę i cyrk w tle. Dużo cyrku.
To co mnie zaskoczyło, to polskie kwestie. Aż podskoczyłam, kiedy nagle i z tego, ni z owego zaczęli mówić po polsku. Może i nie doskonale, ale nie mam zamiaru narzekać. Zawsze uważałam, że wyuczenie się polskiego akcentu przez obcokrajowców jest niezwykle trudne, a tutaj sądzę, że aktorzy spisali się naprawdę nieźle i doceniam to.
Co do samej fabuły, podobała mi się. Lubię cyrk, a tutaj mamy pokazane jego lepsze i gorsze strony, z których te drugie przeważają. Możemy tutaj zobaczyć cyrk od innej strony i to, jak artyści starają się stworzyć prawdziwą bajkę dla widzów, na czas spektaklu.
Główny wątek skupia się jednak na uczuciu rodzącym się pomiędzy Jacobem i Marleną oraz na mężu Marleny, Auguście, który stoi pomiędzy nimi. Oprócz tego zarządza też cyrkiem dosyć twardą ręką, a od czasu do czasu wyrzuca ludzi z pędzącego pociągu.
Naprawdę dobrze mi się ten film oglądało. Czas mijał bardzo szybko i ani przez chwilę się nie nudziłam. To były cudownie spędzone 2 godziny i nie żałuję ani minuty poświęconej "Wodzie dla słoni".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz